Felieton @kisielle: Ciało to nie mankament, nie trzeba go tuszować!

maj 30, 2022


CIAŁO TO NIE MANKAMENT, NIE TRZEBA GO TUSZOWAĆ!

Kiedy zaczęłam się wstydzić ciała? Pewnie zanim nauczyłam się chodzić. Kiedy przestałam? Jakieś 30 lat później. Moja historia nie jest wyjątkowa. I dobrze. Bo każdej i każdemu z nas przydałoby się pożegnać wstyd i przestać zakrywać nasze ciała. Dlaczego?

Aleksandra Kisiel, @kisielle

Jestem na planie sesji zdjęciowej. Sesji do ni mniej, ni więcej – reklamy bielizny. Na chwilę pomińmy fakt, że doczekałam czasów, w których mająca 36 lat, 160 cm wzrostu i nosząca rozmiar 44 matka jest MODELKĄ BIELIZNY. Bo to zasługuje na osoby felieton, pełen wytłuszczeń i radosnych wykrzykników.

Zatem jestem na sesji. Makijażystka maluje mnie, czesze włosy, potem kolej na makijaż ciała – tak, modelki na sesjach bielizny są malowane od stóp do głów! Zrzucam więc ubrania, staję na środku studia w majtkach i staniku. Dookoła mnie osiem osób, w tym rzeczona makijażystka, która jest tak blisko mnie, że w zasadzie bliżej byłoby tylko, gdyby łączył nas kredyt hipoteczny.

I co robię ja? Absolutnie nic. Nie zakrywam się. Nie wciągam brzucha, nie wypinam piersi do przodu, nie skanuje w myślach każdej fałdki, pękniętego naczynka i niedogolonych włosków na nogach. Po prostu mam ciało i to ono jest tego dnia w pracy (głowa oczywiście też). Jedna z osób pracujących w produkcji podaje mi szlafrok. Bo może chciałabym się zakryć czekając na wejście na plan?

Tylko po co? Nie jest mi zimno, a szlafrok taki ładny, szkoda byłoby go ubrudzić podkładem. Nie muszę zakrywać ciała, bo nie wstydzę się go. Moje ciało jest dobre, a przecież dobrych rzeczy nie trzeba chować, zakrywać, prawda? Moje ciało jest dobre każdego dnia, bez względu na to, jak wygląda, ile waży, czy jest zdrowe czy chore.

Ale czy zawsze tak myślałam? Oczywiście, … że nie. Przecież jestem kobietą, która wychowała się w chrześcijańskim kręgu kulturowym. W tym kręgu, w którym ciało w hierarchii “świętości” stoi najniżej: w najlepszym wypadku nie zasługuje na to, żeby poświęcać mu uwagę. W najgorszym czeka na nie włosienica, samobiczowanie i wizja ognia piekielnego za uleganie “pokusom”.

To z jednej strony. A z drugiej – jestem kobietą, która urodziła się w ‘86 roku. Moje dzieciństwo i czas nastoletni to naprawdę chude lata w świecie mody – kanon wyznacza Kate Moss, a termin “heroine chic” pojawia się wszędzie. W mediach nie uświadczysz zdjęć modelek w rozmiarze większym, niż 34. Jest natomiast pełno artykułów i porad na temat “ukrywania niedoskonałości”, “tuszowania mankamentów”. Rzeczone mankamenty to na przykład szerokie biodra – rzecz uwarunkowana w dużej mierze genetycznie, na którą mamy mniej więcej taki wpływ, jak na kolor oczu. Ale o tuszowaniu tych zielonych czy brązowych nikt w kobiecych mediach nie pisze.

Młode dziewczyny żyją pod dyktando długich list zakazów i nakazów, kompilowanych przez dziennikarki “kobiecych” mediów, stylistów, którzy brutalnie i momentami bardzo złośliwie oceniają anonimowe osoby na ulicy na oczach kamer. To czasy reklam środków odchudzających, kosmetyków wyszczuplających, które podkreślają tę samą nieprawdziwą narrację: że tylko szczupłe ciała, ciała w kanonie można pokazywać i że wewnątrz każdej grubej osoby “mieszka” ta szczupła, gotowa, żeby się uwolnić. Masz teraz dziwne obrazki w głowie? Wyobraź sobie jak to jest, mieć je każdego dnia przez cały okres podstawówki, liceum, studiów, gdy twój jedyny cel, to “uwolnić” to szczupłe ja.

Patrząc na okoliczności, w jakich dorastałam, komunikaty, jakie płynęły z zewnątrz, od najbliższego otoczenia i jakie chłonęłam z otoczenia medialnego, nie powinno nikogo dziwić, że moim największym koszmarem w pierwszej pracy była wizja przypadkowego pokazania fragmentu ciała, uznawanego za mankament. Przykład? W czasach mody na bluzki z baskinką kupiłam sobie takową. Ale jak to baskinka, większość z nich kończy się na wysokości bioder. Więc gdy podnosisz ręce do góry, jest spora szansa, że odsłonisz fragment brzucha. Nie zliczę metod, jakie opracowałam, żeby do tej “katastrofy” nie doszło.

I gdy wracam z tej sentymentalnej podróży do czasów młodości, jestem wściekła. Nie na siebie. Na kulturę diety, na media, które zarabiały i zarabiają gigantyczne pieniądze na tworzeniu kompleksów i sprzedawaniu nam rozwiązań, które nie działają.

Nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy przestałam się wstydzić swoje ciała, kiedy przestałam je zakrywać. Może to narodziny mojego syna? A może pierwsze wyjście na plażę topless (wytrzymałam 3 minuty)? Pierwsze zdjęcie w bieliźnie opublikowane na Instagramie? Wejście do sauny w Finlandii, z mnóstwem innych osób każdej płci i wieku? Nie wiem.

Wiem natomiast, że wolność, jaką poczułam, gdy uświadomiłam sobie, na tej sesji, że moje ciało nie jest powodem do wstydu, że nie muszę go zakrywać, mogę porównać tylko do uczucia, gdy pierwszy raz wsiadłam na motocykl. Wham! śpiewał mi “Freedom” w głowie, a Lizzo i Beyonce w myślach zbijały ze mną piątki.

To taka euforia, jak wtedy, kiedy w rodzinie pojawia się dziecko. I wszyscy zachwycają się każdym fragmentem jego ciała, każdym wałeczkiem, łysą główką, pulchnym paluszkiem. I nikomu nie przychodzi do głowy, że tego ciała należy się wstydzić.

Więc jeśli mogę cię prosić o zrobienie jednej rzeczy, niech to będzie to: przypomnij sobie radość i zachwyt, jakie odczuwasz, gdy na świat przychodzi nowy członek rodziny. Masz to? To teraz skieruj tę radość i zachwyt na siebie, na swoje ciało. Nie musisz go zakrywać, nie masz powodów do wstydu. Masz natomiast milion powodów do czułości wobec swojego ciała. Gdyby nie ono, nie byłoby cię na świecie.

Wilcza

W Wydawnictwie Wilcza koncentrujemy się na książkach coachingowych, psychologicznych, motywacyjnych i poradnikowych. Wydajemy pozycje sprawdzone i bardzo cenione za granicą.

Dołącz do nas